Patryk Daniel Garkowski
poniedziałek, 12 października 2026
(całość wpisu dziennikowego) 12 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski
(całość wpisu dziennikowego) 11 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski
11 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski
11 października 2026 roku wybrałem się w podróż do Płocka, aby zobaczyć różne tymczasowe stoiska handlowe umiejscowione we wnętrzu Orlen Areny. Tego dnia oferowano tam na sprzedaż różne przedmioty, dekoracje, biżuterię, drobiazgi, wielorakie cudeńka... Ja nic nie kupiłem. Jedynie oglądałem sobie stoiska tymczasowe, przedmioty na sprzedaż wystawione. Dokonywałem ja obserwacji.
Moją uwagę przykuły choćby wyrzeźbione w kamieniach twarze, kamienne wizerunki ludzkich twarzy. Oto zatrzymałem się na chwilkę, na moment, ażeby te ciekawe przedmioty sobie obejrzeć, popodziwiać.
W pewnym momencie zauważyłem, że ktoś mi się przypatruje...
Był to około osiemnastoletni albo dziewiętnastoletni młody mężczyzna, ubrany w czarne, dość przylegające do ciała spodnie dresowe, w czarną kurtkę, jak również w białą bluzkę na krótki rękaw. Stał on niedaleko trybun i cały czas, bez przerwy się na mnie patrzył. Gapił się na mnie ciągle. Starałem się nie zwracać na to zachowanie uwagi, jednakże poczułem ukłucie lęku... Podejrzewałem, że coś z tego na pewno wyniknie...
Wkrótce potem udałem się do wyjścia. Zamierzałem opuścić Orlen Arenę. Kiedy byłem niedaleko drzwi prowadzących na zewnątrz, owy patrzący na mnie chłopiec podszedł do mnie i stwierdził:
- Niczego pan nie kupił...
- No, niczego nie kupiłem tutaj, drogi, kochany chłopczyku - przyznałem, nawet nie patrząc wścibskiemu organizmowi w oczy. Odpowiedziałem mu prędko. Bardzo się śpieszyłem wtedy. Czemuż on mnie nęka?! - pomyślałem sobie, lecz okazywałem uprzejmość wobec owego człowieka.
- Ja też nic nie kupiłem, a chciałem dokonać zakupu biżuterii... - rzekł młody oraz dziwny mężczyzna.
- Dla siebie czy dla kogoś? - spytałem szybko, uprzejmie, oto już zmierzałem do opuszczenia budynku, tymczasowo zaaranżowanego na jakieś żałosne targowisko.
- Dla dziewczyny chciałem coś kupić fajnego - odparł ten wielce irytujący, obrzydliwy organizm, marnujący cenny czas jednostki wybitnej!
- Miłego dnia! - próbowałem uciąć, zakończyć tę stanowczo niepotrzebną konwersację.
I nagle, w tej samej chwili ów młody łotr opluł mnie swoją gęstą i obfitą wydzieliną. Ślina chłopczyka trafiła mnie prosto w twarz. Nikt w pobliżu tego nie zauważył. Stałem się więc ofiarą młodego mężczyzny! Oto obfita, wyemitowana na zewnątrz organizmu ślina aroganckiego, prostackiego młodzieńca przyjęła formę rozległego rozbryzgu.
- Jak śmiałeś mnie opluć, ty podły łotrze!! - krzyknąłem.
Nie zamierzałem kontynuować konwersacji z ów młodym przestępcą. Opuściłem ja Orlen Arenę, nie oglądając się za siebie.
Po upływie niedługiego czasu zorientowałem się, że ten młody mężczyzna mnie śledzi, że za mną idzie. Coraz bardziej zacząłem się bać, moje obawy uległy spotęgowaniu. Chciałem dotrzeć na dworzec autobusowo-kolejowy w Płocku. A żeby tam dotrzeć z Orlen Areny, to trzeba było wsiąść aż do dwóch autobusów - odmiennych transportowych linii. Oto bezpośrednio z Orlen Areny nie można było pojechać na dworzec autobusowo-kolejowy autobusikiem, nie, nie.
Kiedy czekałem na pierwszym przystanku, rzeczony młodzieniec podszedł do mnie, ponownie splunął mi w twarz i zaczął mnie napastować okropnymi wyzwiskami, a także groźbami. Zagroził, że mnie zaraz mocno skopie, pobije i że mnie uśmierci swoim nożem. Bardzo się bałem tego organizmu, tego zwyrodnialca... W każdej dosłownie chwili mógł mi zrobić straszliwą krzywdę, zabić mnie! A ja pragnę żyć jak najdłużej na tym podłym, okrutnym świecie. I przecież po śmierci nic nie ma.
Z tego co mi wiadomo, w obecnych czasach wielu młodych ludzi płci męskiej nosi ze sobą noże. To straszne i przerażające!
Zaś ten młody łotr wyraźnie rozkoszował się moim strachem, który spowodował z tak wielką łatwością. Przyglądał mi się on z pewnego dystansu. Nie stał on aż tak bardzo blisko, bliziutko mnie.
Pocieszała mnie troszkę myśl, że on nie odważyłby się zaatakować mnie w miejscu publicznym. Choć, z drugiej strony, to nie było aż takie oczywiste... Ludzie to wszakże nieobliczalne istoty.
Oto wsiadłem do pierwszego autobusu, a on wsiadł po mnie. Niegodziwiec usiadł na końcu pojazdu i obserwował mnie niczym jakiś drapieżnik. Robił on takie miny, jakby czuł wstręt, obrzydzenie.
Wkrótce potem wysiadłem z autobusu i czekałem na następny wehikulik, który miał mnie zabrać bezpośrednio na dworzec autobusowo-kolejowy w Płocku. Do domu mojego zamierzałem wrócić środkiem transportu pociągiem.
A przerażający, młody, wzbudzający grozę mężczyzna kontynuował śledzenie, kontynuował swe przedsięwzięcie...
Wsiadł za mną do drugiego autobusu. On i ja dotarliśmy niebawem na dworzec. Kiedy wysiadłem z pojazdu, on również ten pojazd opuścił. Wtedy do mnie ów młody, podły łotr powiedział tak:
- Musisz mi wylizać moje brudne buty i spocone stopy, ty żałosny robaku! Będę wchodził ci na plecy, brzuszysko i podstawiał, podtykał ci prosto pod nos moje buty, a także stopy. Będziesz musiał wielbić moje stopy jak, niczym pies. Czy zrozumiałeś, żałosny gamoniu?
- Gdzie niby miałbym to wszystko robić? - spytałem wielce przerażony i równocześnie zakłopotany. Moje przerażenie, a także zakłopotanie zintensyfikowały się, albowiem łotr był właśnie blisko mnie - zachodziła zatem bliska i stresująca styczność przestrzenna pomiędzy mną a bandytą, w tej właśnie chwili.
- Na polance, tu, niedaleko dworca - oznajmił szybko wyraźnie podekscytowany łotr.
Aby zwiększyć siłę swego oddziaływania na mnie, aby zapewnić realizację okrutnego żądania, chłopiec rzeczony wyciągnął nóż. On zademonstrował mi to ostre narzędzie. To była bardzo poważna sytuacja! Mogłem zginąć, groziła mi śmierć. Oto musiałem okazać posłuszeństwo owemu straszliwemu potworowi, oprawcy... Zostałem zobowiązany, żeby zachowywać się niczym larwa, robak, dżdżownica.
- Dobrze, zrobię, co każesz, tylko, proszę, błagam, nie uczyń mi żadnej krzywdy! - rzekłem błagalnie.
A podły chłopiec uśmiechnął się kpiąco, po czym nakazał wielce arogancko:
- Idziemy, ty łajzo!
I oto szedłem teraz bardzo bliziutko młodego bandziora. Bliska styczność przestrzenna zaistniała pomiędzy nami i stresowała mnie.
- Ile masz lat, mój kochany chłopczyku? - spytałem.
- Osiemnaście.
- A jak się nazywasz, kochany mój? - próbowałem się dowiedzieć.
- Nie powiem ci, robalu najgorszy.
- Ach, proszę, błagam, wyjaw mi swe imię oraz nazwisko, mój drogi, kochany!
- Nie! - po czym ten młody łotr kopnął mnie niezwykle mocno w mą pupę. Zabolało mnie to okropnie! Cóż za męka! - pomyślałem.
- Nie zadawaj mi już więcej pytań, bo będę cię bił, kopał, zamiast udzielać ci odpowiedzi - zagroził bezczelny, podły, wysoki wzrostem i okropnie przystojny bandyta.
Szybko dotarliśmy na polanę, która znajduje się niedaleko, bliziutko dworca autobusowo-kolejowego (w mieście Płocku). Otacza tę polanę wysoka roślinność; dyskrecję w tej uroczej przestrzeni zapewniają, gwarantują drzewa oraz niemałe trawy. To miejsce zaciszne. Ludzie tam nie chodzą. W owej przestrzeni łotr mógł robić, co tylko chciał... To miejsce, bez najmniejszej wątpliwości, sprzyjało okrutnemu, bardzo przystojnemu przestępcy.
W tym właśnie miejscu musiałem robić to, co mi nakazał młody i arogancki mężczyzna. Oto musiałem lizać buty, podeszwy buciorów tego młodzieńca, pełzać musiałem przed nim jak robak, larwa, dżdżownica. Zostałem zobligowany, ażeby traktować go jak mastera, króla. Musiałem lizać jego bose, spocone stopy. Okrutny, dominujący chłopiec wchodził mi na plecy, na brzuch co chwila i kopał mnie potwornie mocno. Wchodził mi na plecki i brzuszek zarówno w butach, jak i bez bucików.
Był on aktywny podczas interakcji dominacyjnej i nie milczał, nie przejawił milczącej postawy. Podczas poniżania mnie mówił, oznajmiał on, że jestem gównem, larwą, śmieciem, mumią i robakiem. Wyzywał mnie strasznie. Z kolei jego spocone, znoszone skarpetki, jego bardzo spocone stópki strasznie śmierdziały, brzydko pachniały.
Oto w pewnym momencie zdjął swoje śmierdzące buty i podtykał mi je pod nos - niczym jakiemuś psu. Ja zaś lizałem jego brudne buty posłusznie, co było dla mnie ogromnie poniżające.
On podtykał, dawał mi do wielbienia również swoje spocone stopy, tak abym je wąchał, a także lizał, całował. W tym przypadku wielbienie oznaczało zarówno wąchanie, jak i lizanie oraz całowanie stópek.
Bandzior atakował mnie cały czas gradem wyzwisk, obraźliwych językowych konstrukcji. On wyzywał mnie, kopał i opluwał. Wyraźnie się on nakręcał. Ekscytowało go poniżanie mnie, dominowanie nad delikatną ludzką istotą. Jak gdyby, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie, ogarniała go coraz większa wściekłość... Obawiałem się o swoje życie bezbrzeżnie. W każdej chwili mógł on wyciągnąć nóż i uśmiercić mnie - i nikt by tego nie zobaczył, nie dostrzegł na owej zacisznej, zapewniającej wielką dyskrecję polanie...
Po upływie około pięćdziesięciu albo sześćdziesięciu minut ten podły łotr zostawił mnie w spokoju i poszedł sobie - oczywiście nie wiedziałem gdzie, dokąd, bo nie podzielił się ze mną tą informacją. Odetchnąłem z ulgą... Oto bezpłatne, darmowe poniżanie dobiegło już końca. Nie dowiedziałem się, kim ta persona jest. Obym go nigdy więcej nie spotkał w mym życiu, na swojej drodze życiowej, obfitującej w ciernie!
W końcu wróciłem pociągiem do mojej miejscowości zamieszkania - na wieś. Byłem bardzo roztrzęsiony.
Postanowiłem opisać tego aroganckiego, bezczelnego, prostackiego, prymitywnego przestępcę, zdarzenia z nim związane, aby nigdy o tym nie zapomnieć, by nigdy nie uleciał mi ten łotr z pamięci...
Już jednak wybaczyłem owemu przedstawionemu, zademonstrowanemu, na stronach tego dziennika, młodemu bandycie jego zachowanie, jego postawę względem mnie.
















































