środa, 14 października 2026

(całość wpisu dziennikowego) 14 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski

 


14 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski

   Dnia 14 października 2026 roku ponownie wybrałem się do sosnowego lasu. Tym razem przyniosłem ze sobą materiały, żeby na miejscu, już w lesie, zrobić prowizoryczne, tymczasowe stoisko grzybowe, pomocowe, informacyjne. 

   Oto postanowiłem udzielać pomocy ludziom - poprzez udzielanie im wartościowych informacji na temat grzybów, zasobów leśnych, zasobów leśnego runa. Chociaż aż tak bardzo nie znam się na grzybach krajowych, to chciałem po prostu pomagać ludziom, zbieraczom grzybów. Jednocześnie przyniosłem ze sobą wagę, żeby kontrolować, ile grzybów zebrali poszczególni obywatele. Nie może być tak, że jeden, pojedynczy grzybiarz zbierze, pozyska, odetnie zbytnio wiele grzybków, ponieważ wówczas nie starczyłoby rzeczonych zasobów, dóbr leśnych dla innych ludzi. Postanowiłem, że gdyby ktoś zebrał zbyt wiele grzybów, za dużą ich ilość, to udzielę takiej personie natychmiast słownego upomnienia, taką osobę pouczę ja łagodnie.

   Gdy już skonstruowałem, wykonałem prowizoryczne, ale solidne, tekturowe, różowe stoisko grzybowe, przez pewien czas rozkoszowałem się ciszą leśnego zbiorowiska. Bardzo lubię samotność. 

   W pewnym momencie przechodził blisko mnie jakiś chłopiec - w wieku około osiemnastu albo dziewiętnastu lat, który zebrał bardzo wiele, zanadto wiele grzybków. Był on ubrany w przylegające do ciała, czarne spodnie dresowe oraz w czarną kurtkę. Wyglądał mi na łotra, bandytę, kryminalistę. Trzymał on koszyk z wikliny. Z kolei nóż miał schowany i tej ostrej rzeczy nie widziałem wówczas.

- Stój, grzybiarzu! - krzyknąłem, a on usłyszał.

- O co chodzi? - zapytał eksploatator, niszczyciel leśnego runa.

   Po upływie kilkunastu sekund ten młodzieniec stał już przy mnie, przy moim przepięknym stanowisku.

- Mój kochany, ja muszę teraz sprawdzić, czy nie pozyskałeś, czy nie zebrałeś zbyt dużej ilości grzybków! Proszę, ty zechciej mi odpowiedzieć, dlaczego zbierałeś w ogóle grzyby? Czy nie powinieneś ty być w kochanej szkółce? Czemu ty w ogóle zainicjowałeś proces grzybobrania? 

- A chuj cię to, ty kurwo.

- Ajajaj, ale nie mów tak brzydko, najmilszy chłopczyku. Kulturalny chłopaczek nie używa takiego słownictwa. Kochany chłopiec musi zachowywać się poprawnie, prawidłowo, gdy przebywa w lesie, tak, tak.

- Rozjebać ci łeb?! - zagroził arogancki grzybiarz, który bezsprzecznie się wściekł przepotwornie.

- A ile masz lat, obywatelu?

- Osiemnaście lat mam, a co, ty głupia dziwko?

- Po prostu spytałem. A więc, mój kochany, proszę, połóż swe grzyby na tej oto wadze, którą przygotowałem. Ja odmierzę, czy nie zebrałeś ich za dużo. Rozumiesz? Nie może być tak, że dla innych ludzi grzybków nie starczy - taka sytuacja byłaby niedopuszczalna, prawda?

- Co ty nie powiesz... - kpił ze mnie młody kryminalista.

   Oto chłopiec nie wykonał polecenia. Zamiast położyć na wadze swe zebrane leśne zasoby, on odłożył swój kosz, wyciągnął on nóż, po czym oznajmił groźnie, tonem nieznoszącym sprzeciwu:

- Kładź się na tym zasranym, żałosnym, ciotowatym stoisku plecami, inaczej cię zabiję moim nożem!

   Oczywiście musiałem wykonać to początkowe, padłe polecenie. Byłem bardzo, ogromnie przerażony. W każdym momencie groziła mi śmierć z wykrwawienia! 

   W dzisiejszych czasach różni chłopacy noszą ze sobą noże, co jest okropne. Czemu niektórzy noszą noże?!

   Delikatnie położyłem wagę na ziemi, tak aby nie uszkodziła się ona podczas dominacyjnej interakcji, po czym położyłem się na stoisku tak, że leżałem na nim plecami. Wyraziłem wtedy gotowość do przyklejenia, oklejenia mnie taśmą.

   Musiałem wykonywać polecenia oprawcy, słuchać go. Zależało i zależy mi na przetrwaniu na tej planecie, jak najdłużej to tylko możliwe. Ale i tak w końcu, kiedyś nadejdzie mój kres... W końcu nadejdzie kres mojej egzystencji na planecie Ziemi...

   Łotr natomiast schował swój nóż, a następnie wyciągnął klejącą, brązową taśmę i zaczął on mnie brutalnie, bez zachowania ani odrobiny delikatności, przyklejać do rzeczonego prowizorycznego stanowiska grzybowego, w taki sposób, że leżałem na tekturowym stole i nie mogłem się wkrótce, zaraz podnieść. Odczuwałem obawę, że całość się zaraz przewróci, zapadnie, a ja wraz z nią. Materiał, który chłopiec zastosował, był bardzo, straszliwie klejący. Arogancki chłopak obchodził się ze mną (czyli z jego ofiarą) bezbrzeżnie szorstko, bez zachowania ani odrobinki delikatności... On nie przejmował się, iż całość może się zapaść pod mym ciężarem.   

   Gdy już ten potwór przykleił mnie dokładnie do tymczasowego stoiska, tak że leżałem na nim plecami, przyklejony do chybotliwej tektury, to zaczął on mnie wyzywać i mnie opluwać obficie, gęstymi melami. Chłopaczek wyciągnął nóż i zaczął grozić mi, że mnie uśmierci tym przedmiotem niebawem, już wkrótce. Organizm płci męskiej nazywał mnie grzybem do zdeptania, robakiem, larwą, mumią, a także dżdżownicą. Groził, że zdepcze mnie jak purchawkę, że zmiażdży mi moją główkę, moją szyjkę swą obutą stopą. 

   Oprawca zdjął swojego jednego buta i przykładał mi go do nosa, tak abym wąchał i lizał tę ohydną rzecz osobistą. Następnie ten wielce niegodziwy, przeokropny człowiek wszedł mi na brzuszek i deptał mnie złośliwie. To była straszliwa męka. 

   Moje cierpienia fizyczne nie ustawały. Nie miały one, doprawdy, końca.

   Potem musiałem wielbić stopy straszliwego oprawcy, wąchać jego skarpetki, lizać bose stopy młodzieńca. Trwało to bardzo długo.

   Na koniec młody mężczyzna zdjął spodnie, majtki i nakazał mi ssać jego rozrodczy organ. Oto penisa musiałem ssać, a jądra (jajka chłopca) lizać. Prócz tego co jakiś czas łotr odwracał się i wypinał, podstawiał mi do twarzy swoją nad wyraz jędrną, kształtną, pozbawioną owłosienia pupę, tak że musiałem lizać i całować również jego ohydny, młody, spocony odbyt. Ach, to był koszmar! Dobrze jednak, że ten chłopaczek nie zechciał, nie odczuł potrzeby zrobienia akurat wtedy kupy... Bo co wtedy by było? Otóż zdefekowałby się prosto do mojej otwartej buzi - i musiałbym to wszystko zjeść jak pies.

   Na koniec połknąłem posłusznie, niczym piesek, kundelek, jego wyemitowaną do wnętrza mojej buzi młodzieńczą, białą, bardzo obfitą spermę. Smak tej wydzieliny okazał się okropny! Prawie że zwymiotowałem od owej kleistej cieczy. 

   Uważam, że uwalnianie przez mężczyznę spermy to niszczące przyjemności, rozkosze marnotrawstwo. Kiedy w męskim rozrodczym układzie znajduje się dużo, wiele spermy, to mężczyzna może czerpać rozkosze całymi godzinami, natomiast zaraz po uwolnieniu nasienia wielkich, intensywnych rozkoszy już przeżywać nie można, tak od razu po wytrysku. Bardzo króciutka chwilka przyjemności nie jest tego warta, absolutnie. Ja w ogóle się nie masturbuję, dzięki czemu stale mogę odczuwać przyjemne napięcie, przyjemną seksualną żądzę - cały czas!    

   Po zakończeniu tych wszystkich obrzydliwych czynności młody i arogancki potwór uwolnił mnie od brązowej taśmy klejącej, pakowej, on odkleił mnie od stanowiska, zapewnił mi on swobodę, a następnie odszedł bez słowa. 

   Nigdy nie zapomnę tego okrutnego i podłego człowieka! Postanowiłem napisać o nim w mym kochanym dzienniczku, ażeby nigdy nie zapomnieć tego pozbawionego serca mężczyzny, jak również tego okropnego, koszmarnego dnia. Tutaj pragnę odnieść się do funkcji pamięciowej i wspomnieniowej wytworów, zapisów dziennikowych, a także pamiętnikowych. 

   Ach, ty łotrze podły, okrutny i bez serca! 

   Jak można być takim podłym człowiekiem?! 

   Czy ty nie masz sumienia, arogancki łotrze?!

   Moje życie to są jedynie kłujące ciernie. Droga mej egzystencji okazuje się wypełniona strasznymi, niedoprowadzającymi do szczęścia, kłującymi cierniami. Praktycznie na każdym mym kroku napotykam jakiegoś młodego, podłego, okrutnego mężczyznę, bandytę, chłopczyka...








wtorek, 13 października 2026

(całość zapisków dziennikowych) 13 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski

13 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski

   Dnia 13 października 2026 roku wybrałem się w podróż do rozległego lasu sosnowego po to, aby dokonać naukowej obserwacji żyjących tam organizmów grzybowych. Ciekawiło mnie, jakie grzyby spotkam w tym miesiącu, o tej porze roku, w owej leśnej przestrzeni. 

   Ja bardzo nie lubię zbierać ani spożywać naturalnie rosnących grzybów. Jedynymi tego rodzaju organizmami, jakie jadam, są pieczarki. 

   Oto pieczarki chętnie jem, kiedy są one pieczonymi składnikami pysznej pizzy albo apetycznej zapiekanki. Grzybów trujących obawiam się wielce. Natomiast uprawiane przez ludzi przemysłowo pieczarki stanowią grzyby jadalne, nie są one trujące, uważam je za apetyczne, smaczne, kiedy są, tkwią one w pizzach bądź w zapiekankach.

   Kiedy byłem już od pewnego czasu w lesie i zdążyłem zaobserwować rosnące tam pewne grzyby, nagle napotkałem na swojej drodze jakiegoś chłopca - w wieku około osiemnastu albo siedemnastu lat. Najpewniej on wagarował, nie poszedł do szkoły, lecz nie chciałem w to za bardzo wnikać. On trzymał w swojej lewej ręce wiklinowy koszyk, w którym nie dostrzegłem jakichkolwiek grzybów zebranych, w prawej zaś ręce trzymał on nóż i powoli nim wywijał, ruszał, nie aż tak bardzo szybko. Kiedy poruszał owym ostrym narzędziem, to zasygnalizował mi, iż pragnie mnie skrzywdzić - to było dla mnie jasne, tak zinterpretowałem owe zachowanie przystojnego niegodziwca. On uśmiechał się arogancko, wydawał się wręcz podekscytowany faktem, iż napotkał obcego mu człowieka, na którym mógłby się wyżyć dogłębnie, zapewniając sobie satysfakcję, a także rozkosz.

   Młodzieniec rzeczony zbliżał się do mnie, zmniejszał dystans fizyczny pomiędzy nami. 

   A gdy już był on bardzo bliziutko mnie, to przestał ruszać swym nożem, ale nadal trzymał go w dłoni.

- Dzień dobry - od razu przywitałem się z tym cudzożywnym organizmem płci męskiej.

- Wypierdalaj z tego lasu, natychmiast! To mój rewir, to mój las, czy ty rozumiesz, ty głąbie?! - oznajmił ten szalenie agresywny chłopaczek, który wzbudził we mnie lęk.

- Każdy ma prawo tu przebywać i zbierać, obserwować grzybki, mój kochany chłopczyku - próbowałem tłumaczyć, ale bezskutecznie.

- Ty nie masz prawa tu wstępu, bo ja ci tego zabraniam! - tak mi odpowiedział owy odrażający oraz arogancki łotr, mogący w każdej chwili mnie zamordować bez żadnych świadków oraz skrupułów. 

- A jak stąd nie pójdę, to co wtedy? Co wówczas zrobisz, uczynisz, mój drogi? - zapytałem, okazując wielkie przejęcie. Nie chciałem w żadnym razie sprowokować tego młodzieńca do inicjacji przemocy fizycznej, nie, nie. Ja po prostu zapytałem go tylko.

- Skopię cię mocno! A może nawet zabiję cię moim nożem - oczywiście na sam koniec tortur i udręk... - zagroził młody, społecznie wykolejony przestępca, zamyślając się. Był on wyraźnie podekscytowany.

- Nie boję się ciebie, kochany chłopczyku! Nie wyrządziłbyś mi żadnej krzywdy, ponieważ nie jesteś aż taki zły, podły, aż tak bezbrzeżnie, kolosalnie przesiąknięty niegodziwością! A zresztą, czy ty nie powinieneś być teraz w szkółce, najdroższy?

   Czy jednak tak było w istocie? Czy ten potwór byłby w stanie uśmiercić mnie nożem? Z pewnością byłby w stanie posunąć się do takiej przeokropnej zbrodni!

   Dwie sekundy później ten przeokropny, młody człowiek schował nóż w bezpieczne miejsce - do pokrowca, do kieszeni, a następnie zaczął mnie kopać swoimi nogami. Również uderzał mnie zaciśniętymi w pięści swoimi dłońmi, ale jednak przede wszystkim kopał mnie swymi nogami. Chłopiec był wysokiego wzrostu. Uderzył mnie pięścią w brzuch kilka razy. 

   Uściślając, kopiąc mnie, ów cudzożywny organizm najczęściej wybierał za cel moją pupę. Oto ten chłopiec najczęściej kopał mnie w moją delikatną pupkę, lecz inne części mojego ciała również doznawały ataków okazującego brutalność łotra. Doprawdy, ten potwór wpadł w jakiś istny szał! 

   Choćby z otwartej dłoni uderzał on mnie mocno w moją buziulkę.

   Położyłem się na chłodnej ziemi i błagałem go o litość, o zaprzestanie tego aktu przemocy, ale on tylko się śmiał, widząc moją błagalną postawę, kpił z tego. Wyśmienicie się bawił, bez wątpienia. Dalej mnie on kopał, wchodził mi na brzuch i na moje plecy. Podstawiał mi on do lizania swoje bardzo brudne, mokre, wilgotne buty, a zwłaszcza podeszwy swojego obrzydliwego obuwia. Oto lizałem buty owego okrutnego chłopca, nie tylko podeszwy jego przeokropnych buciorów. Niegodziwy młodzieniec wchodził mi na plecy, brzuch, kazał się odkręcać, zmieniać pozycję, opluwał mnie, a także wyzywał. Przejawiał on koszmarny dynamizm.

   W pewnym momencie zdjął swoje buty i podstawiał, podtykał mi je pod nos - do obwąchiwania ich wnętrza - niczym jakiemuś psu. Zarówno wąchałem jego buty od środka, jak i wówczas lizałem podstawiane mi pod nos podeszwy bucików łotra. Musiałem okazać posłuszeństwo, ponieważ groziła mi śmierć. Ten pozbawiony dobrego serca potwór nakazał mi obwąchiwać, wielbić jego czarne, wielce, ogromnie przepocone skarpetki, które miał na swoich stopach. Przez krótki czas wkładał mi swoje ohydne skarpety do buzi, co było dla mnie bardzo, ogromnie nieprzyjemnym sensorycznym doświadczeniem. Tego nie znoszę. Potrzebuję móc stale oddychać przez usta, albowiem mój nos się nierzadko zatyka.

   Na koniec oprawca pozwolił mi łaskawie wylizać jego bose, spocone stopy. Lecz to było pod sam koniec tej poniżającej mnie, dominacyjnej interakcji społecznej - jak gdyby to miała być dla mnie jakaś nagroda... Ależ to wstrętna i odrażająca była nagroda!, tak sobie pomyślałem wówczas. 

   Oznajmić w tym miejscu pragnę, iż paznokcie, okolice paznokci u stóp tego młodzieńca były aż czarne... Stwierdziłem w swych myślach, że od dawna brutalny oraz brudny chłopak swoich stóp nie mył w ogóle, wcale...   

   Co istotne, w czasie tego aktu poniżania, podczas dominacyjnych czynności chłopiec poddany opisowi miał swój nóż schowany w pokrowcu i równocześnie w kieszeni, dzięki czemu nie stresował się on tak, że nóż mnie skaleczy, że ten nóż wyrządzi mi jakąkolwiek krzywdę. Chłopiec mógł skoncentrować się na dominowaniu, na intensywnym poniżaniu mnie. A gdyby cały czas on trzymał ostry nóż w swojej dłoni, to musiałby bez przerwy uważać, żeby ta rzecz mu nie wypadła, chociażby w momencie największego emocjonalnego napięcia, w momencie czy w fazie największego podekscytowania. 

   Kiedyś, wiele lat temu, obserwowałem szpaka, który pochwycił w dziobek materiał roślinny, najpewniej do wyścielania gniazda pod daszkiem, ale w momencie, gdy wylądował przed tym gniazdem, to trzymając w dziobie ten materiał, zaczął wydawać odgłosy - i wówczas jak gdyby zapomniał o tym przyniesionym materiale wyścielającym, upuścił go, i ten materiał zleciał w dół... Choć ludzie mają znacznie bardziej rozwinięte i bardziej rozbudowane nerwowe układy, to jednak wielu z nich nie różni się aż tak bardzo od latającego ptactwa...    

   Mam tu na myśli, że ludzie potrafią tak bardzo skupiać się na swych czynnościach, że o pewnych rzeczach, sprawach mogą po prostu zapominać. Potrafią przerywać swe czynności, właśnie wykonywane, ażeby zajmować się czymś zupełnie innym.

   Zauważyłem, iż ten okrutny chłopiec miał lekko zaróżowione policzki, kiedy mnie on poniżał, dręczył, upokarzał, torturował. Ewidentnie dręczenie mnie sprawiało mu olbrzymią, niewyobrażalną przyjemność, satysfakcję. 

   Bałem się, że łotr posunie się do ostateczności - czyli że uśmierci mnie podle, bez serca, iż zmiażdży mi (wywołując mą śmierć w straszliwych mękach) głowę, a także szyję, jak gdybym był tylko grzybem, choćby purchawicą czy na przykład dorodną purchawką. 

   Po zakończeniu tej niemiłej dla mnie interakcji społecznej, młody człowiek odszedł, najprawdopodobniej opuścił on las sosnowy jak najszybciej, ażeby uniknąć odpowiedzialności mu grożącej.

   Nigdy tego łotra ja nie zapomnę. 

   Zechciałem w moim dzienniku go przedstawić, opisać.








poniedziałek, 12 października 2026

(całość wpisu dziennikowego) 12 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski

 


12 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski

   Dnia 12 października 2026 roku odbyła się w Płocku trzydziesta czwarta edycja Biegu Tumskiego. Biegi zostały zorganizowane w różnych wiekowych kategoriach. Brały w nich udział zarówno szkoły ponadpodstawowe, jak i podstawowe. Ruch młodych ludzi obojga płci odbywał się po wyznaczonych trasach, po ścieżkach skorelowanych ze Wzgórzem Tumskim. Wiadome było: gdzie i kiedy będą biegali chłopacy ze szkół ponadpodstawowych.
   Ja postanowiłem wesprzeć tę uroczą inicjatywę poprzez stanie przy trasie młodych biegaczy i oferowanie im chusteczek higienicznych, a także orzeźwiającej, zimnej wody w plastikowych kubeczkach. Miałem przygotowane plastikowe kubeczki z wodą, jak również chusteczki higieniczne, gdyby któryś z młodych biegaczy płci męskiej zechciał sobie otrzeć spocone w wyniku biegania czółko.
   A więc z okazji Biegów Tumskich przygotowałem dla kochanych chłopczyków skromne stoisko - bezpośrednio na trasie uroczego sportowego przedsięwzięcia. Nikt mi w tym nie pomógł. Musiałem sobie radzić zupełnie sam. Przygotowanie stoiska, wody w kubeczkach, jak również higienicznych chusteczek wymagało ode mnie sporej ilości wysiłku. Mój wydatek energetyczny okazał się niemały. Prócz tego za wszystko samemu musiałem zapłacić.
   Oto więc do plastikowych, małych kubeczków nalałem zimnej, orzeźwiającej wody. 
   Ostatecznie zaś, finalnie trzymałem w rękach, będąc w gotowości: jedną higieniczną chusteczkę i kubeczek, w którym znajdowała się woda. Oczekiwałem...
   Tego dnia byłem więc wspaniałym i uczynnym wolontariuszem. Co istotne, tak czasowo zorganizowałem swe stanowisko, że oferowałem wsparcie wyłącznie przebiegającym/biegnącym młodzieńcom.
   Ów wolontariat określam jako krótkotrwały, jednorazowy wolontariat sportowy, ponieważ dotyczył on wydarzenia sportowego, jednorazowego, dotyczył ten wolontariat biegowej aktywności. Wolontariat ten nie zapewnił mi żadnych, jakichkolwiek korzyści, a jedynie zapewnił mi bezbrzeżne przykrości...
   Kiedy tak stałem przy trasie/ścieżce przeznaczonej do biegów i gdy miałem w jednej rączce plastikowy kubeczek wypełniony orzeźwiającą, zimną wodą, a w drugiej zaś rączce trzymałem czystą higieniczną chusteczkę, przebiegał przy mnie młodzieniec w wieku około szesnastu albo siedemnastu lat - uczeń jakiejś szkoły ponadpodstawowej. Biegacz ten uśmiechnął się kpiąco, arogancko, natychmiast pochwycił ode mnie kubeczek plastikowy wypełniony wodą, po czym prędko, nie marnując czasu, wybulgotał tę wodę mocno, intensywnie w swych ustach i na mnie tę wodę wybulgotaną wypluł z energią - a uściślając: wypluł ciecz w kierunku mojej twarzy. To było straszne, oburzające! W tej wodzie, która znalazła się we wnętrzu buziulki przystojnego chłopczyka, było dużo, bezbrzeżnie wiele jego klejącej, ohydnej śliny. Oto wypluta woda połączona ze śliną młodego łotra trafiła mnie prosto w moją delikatną buziulkę!
   Inny z kolei biegnący chłopiec, w takim samym/w podobnym wieku, co opisany już młody człowiek, wziął, chwycił ode mnie czystą chusteczkę higieniczną, podtarł nią sobie mocno, głęboko, chyba do granic wszelkich możliwości młodą pupę, swój odbyt, po czym wtarł mi ją szybko, ekspresowo w twarz i krzyknął: A masz, ty gnoju!. 
   I zaraz już go nie było, gdyż on biegł sobie dalej po trasie, po wyznaczonej do biegania ścieżce. Obaj ci chłopcy starali się w ogóle nie zatrzymywać, jednak pewne czynności wymagają stania czy zatrzymania się. Rzeczone młode organizmy płci męskiej wolały tracić cenne sekundy, byle tylko mi dokuczyć bezbrzeżnie. To tylko świadczy o ich niegodziwości, to tylko dowodzi ich okrucieństwa.
   Zapewne nigdy więcej już ich nie spotkam - w mej egzystencji. 
   Pragnę podkreślić, że ci dwaj aroganccy, podli chłopcy biegli niedaleko od siebie, a zatem mogli być w zmowie, mogli porozumieć się - przeciwko mnie, tak aby mi zaszkodzić - takiej możliwości nie mogę wykluczyć.
   Tak właśnie zostałem nagrodzony za moją uczynność, za moją dobroć, za bycie wolontariuszem! Zostałem potraktowany podle, okrutnie, bez serca przez dwóch aroganckich oraz złych młodzieńców. Jak ci chłopcy biegnący mogli mnie tak potraktować?! Dlaczego oni tak się zachowali negatywnie, złośliwie, agresywnie wobec mnie, w stosunku do mnie?! Ja chciałem tylko pomóc biegnącym ludziom. Nie zasłużyłem sobie na takie złe potraktowanie... 
   Owe dwa incydenty zniechęciły mnie zupełnie do bycia wolontariuszem sportowym! Zaś obaj ci chłopcy są sobie równi, są tak samo niegodziwi i podli! Oto wymagają oni długotrwałej resocjalizacji. Niedługo po owym podłym potraktowaniu mnie zwinąłem swoje stanowisko, rozebrałem je, pozostawiłem miejsce takie, jakie było, i odszedłem, bardzo przygnębiony, zasmucony...






12 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski

 




(całość wpisu dziennikowego) 11 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski

 


11 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski

   11 października 2026 roku wybrałem się w podróż do Płocka, aby zobaczyć różne tymczasowe stoiska handlowe umiejscowione we wnętrzu Orlen Areny. Tego dnia oferowano tam na sprzedaż różne przedmioty, dekoracje, biżuterię, drobiazgi, wielorakie cudeńka... Ja nic nie kupiłem. Jedynie oglądałem sobie stoiska tymczasowe, przedmioty na sprzedaż wystawione. Dokonywałem ja obserwacji.

   Moją uwagę przykuły choćby wyrzeźbione w kamieniach twarze, kamienne wizerunki ludzkich twarzy. Oto zatrzymałem się na chwilkę, na moment, ażeby te ciekawe przedmioty sobie obejrzeć, popodziwiać.

   W pewnym momencie zauważyłem, że ktoś mi się przypatruje... 

   Był to około osiemnastoletni albo dziewiętnastoletni młody mężczyzna, ubrany w czarne, dość przylegające do ciała spodnie dresowe, w czarną kurtkę, jak również w białą bluzkę na krótki rękaw. Stał on niedaleko trybun i cały czas, bez przerwy się na mnie patrzył. Gapił się na mnie ciągle. Starałem się nie zwracać na to zachowanie uwagi, jednakże poczułem ukłucie lęku... Podejrzewałem, że coś z tego na pewno wyniknie...

   Wkrótce potem udałem się do wyjścia. Zamierzałem opuścić Orlen Arenę. Kiedy byłem niedaleko drzwi prowadzących na zewnątrz, owy patrzący na mnie chłopiec podszedł do mnie i stwierdził:

- Niczego pan nie kupił...

- No, niczego nie kupiłem tutaj, drogi, kochany chłopczyku - przyznałem, nawet nie patrząc wścibskiemu organizmowi w oczy. Odpowiedziałem mu prędko. Bardzo się śpieszyłem wtedy. Czemuż on mnie nęka?! - pomyślałem sobie, lecz okazywałem uprzejmość wobec owego człowieka.

- Ja też nic nie kupiłem, a chciałem dokonać zakupu biżuterii... - rzekł młody oraz dziwny mężczyzna.

- Dla siebie czy dla kogoś? - spytałem szybko, uprzejmie, oto już zmierzałem do opuszczenia budynku, tymczasowo zaaranżowanego na jakieś żałosne targowisko.

- Dla dziewczyny chciałem coś kupić fajnego - odparł ten wielce irytujący, obrzydliwy organizm, marnujący cenny czas jednostki wybitnej!

- Miłego dnia! - próbowałem uciąć, zakończyć tę stanowczo niepotrzebną konwersację.

   I nagle, w tej samej chwili ów młody łotr opluł mnie swoją gęstą i obfitą wydzieliną. Ślina chłopczyka trafiła mnie prosto w twarz. Nikt w pobliżu tego nie zauważył. Stałem się więc ofiarą młodego mężczyzny! Oto obfita, wyemitowana na zewnątrz organizmu ślina aroganckiego, prostackiego młodzieńca przyjęła formę rozległego rozbryzgu.

- Jak śmiałeś mnie opluć, ty podły łotrze!! - krzyknąłem. 

   Nie zamierzałem kontynuować konwersacji z ów młodym przestępcą. Opuściłem ja Orlen Arenę, nie oglądając się za siebie. 

   Po upływie niedługiego czasu zorientowałem się, że ten młody mężczyzna mnie śledzi, że za mną idzie. Coraz bardziej zacząłem się bać, moje obawy uległy spotęgowaniu. Chciałem dotrzeć na dworzec autobusowo-kolejowy w Płocku. A żeby tam dotrzeć z Orlen Areny, to trzeba było wsiąść aż do dwóch autobusów - odmiennych transportowych linii. Oto bezpośrednio z Orlen Areny nie można było pojechać na dworzec autobusowo-kolejowy autobusikiem, nie, nie. 

   Kiedy czekałem na pierwszym przystanku, rzeczony młodzieniec podszedł do mnie, ponownie splunął mi w twarz i zaczął mnie napastować okropnymi wyzwiskami, a także groźbami. Zagroził, że mnie zaraz mocno skopie, pobije i że mnie uśmierci swoim nożem. Bardzo się bałem tego organizmu, tego zwyrodnialca... W każdej dosłownie chwili mógł mi zrobić straszliwą krzywdę, zabić mnie! A ja pragnę żyć jak najdłużej na tym podłym, okrutnym świecie. I przecież po śmierci nic nie ma. 

   Z tego co mi wiadomo, w obecnych czasach wielu młodych ludzi płci męskiej nosi ze sobą noże. To straszne i przerażające! 

   Zaś ten młody łotr wyraźnie rozkoszował się moim strachem, który spowodował z tak wielką łatwością. Przyglądał mi się on z pewnego dystansu. Nie stał on aż tak bardzo blisko, bliziutko mnie.    

   Pocieszała mnie troszkę myśl, że on nie odważyłby się zaatakować mnie w miejscu publicznym. Choć, z drugiej strony, to nie było aż takie oczywiste... Ludzie to wszakże nieobliczalne istoty.

   Oto wsiadłem do pierwszego autobusu, a on wsiadł po mnie. Niegodziwiec usiadł na końcu pojazdu i obserwował mnie niczym jakiś drapieżnik. Robił on takie miny, jakby czuł wstręt, obrzydzenie.

   Wkrótce potem wysiadłem z autobusu i czekałem na następny wehikulik, który miał mnie zabrać bezpośrednio na dworzec autobusowo-kolejowy w Płocku. Do domu mojego zamierzałem wrócić środkiem transportu pociągiem.

   A przerażający, młody, wzbudzający grozę mężczyzna kontynuował śledzenie, kontynuował swe przedsięwzięcie... 

   Wsiadł za mną do drugiego autobusu. On i ja dotarliśmy niebawem na dworzec. Kiedy wysiadłem z pojazdu, on również ten pojazd opuścił. Wtedy do mnie ów młody, podły łotr powiedział tak:

- Musisz mi wylizać moje brudne buty i spocone stopy, ty żałosny robaku! Będę wchodził ci na plecy, brzuszysko i podstawiał, podtykał ci prosto pod nos moje buty, a także stopy. Będziesz musiał wielbić moje stopy jak, niczym pies. Czy zrozumiałeś, żałosny gamoniu?

- Gdzie niby miałbym to wszystko robić? - spytałem wielce przerażony i równocześnie zakłopotany. Moje przerażenie, a także zakłopotanie zintensyfikowały się, albowiem łotr był właśnie blisko mnie - zachodziła zatem bliska i stresująca styczność przestrzenna pomiędzy mną a bandytą, w tej właśnie chwili. 

- Na polance, tu, niedaleko dworca - oznajmił szybko wyraźnie podekscytowany łotr.

   Aby zwiększyć siłę swego oddziaływania na mnie, aby zapewnić realizację okrutnego żądania, chłopiec rzeczony wyciągnął nóż. On zademonstrował mi to ostre narzędzie. To była bardzo poważna sytuacja! Mogłem zginąć, groziła mi śmierć. Oto musiałem okazać posłuszeństwo owemu straszliwemu potworowi, oprawcy... Zostałem zobowiązany, żeby zachowywać się niczym larwa, robak, dżdżownica.    

- Dobrze, zrobię, co każesz, tylko, proszę, błagam, nie uczyń mi żadnej krzywdy! - rzekłem błagalnie.

 A podły chłopiec uśmiechnął się kpiąco, po czym nakazał wielce arogancko:  

- Idziemy, ty łajzo!

   I oto szedłem teraz bardzo bliziutko młodego bandziora. Bliska styczność przestrzenna zaistniała pomiędzy nami i stresowała mnie.

- Ile masz lat, mój kochany chłopczyku? - spytałem.

- Osiemnaście.

- A jak się nazywasz, kochany mój? - próbowałem się dowiedzieć.

- Nie powiem ci, robalu najgorszy.

- Ach, proszę, błagam, wyjaw mi swe imię oraz nazwisko, mój drogi, kochany!

- Nie! - po czym ten młody łotr kopnął mnie niezwykle mocno w mą pupę. Zabolało mnie to okropnie! Cóż za męka! - pomyślałem. 

- Nie zadawaj mi już więcej pytań, bo będę cię bił, kopał, zamiast udzielać ci odpowiedzi - zagroził bezczelny, podły, wysoki wzrostem i okropnie przystojny bandyta.

   Szybko dotarliśmy na polanę, która znajduje się niedaleko, bliziutko dworca autobusowo-kolejowego (w mieście Płocku). Otacza tę polanę wysoka roślinność; dyskrecję w tej uroczej przestrzeni zapewniają, gwarantują drzewa oraz niemałe trawy. To miejsce zaciszne. Ludzie tam nie chodzą. W owej przestrzeni łotr mógł robić, co tylko chciał... To miejsce, bez najmniejszej wątpliwości, sprzyjało okrutnemu, bardzo przystojnemu przestępcy.

   W tym właśnie miejscu musiałem robić to, co mi nakazał młody i arogancki mężczyzna. Oto musiałem lizać buty, podeszwy buciorów tego młodzieńca, pełzać musiałem przed nim jak robak, larwa, dżdżownica. Zostałem zobligowany, ażeby traktować go jak mastera, króla. Musiałem lizać jego bose, spocone stopy. Okrutny, dominujący chłopiec wchodził mi na plecy, na brzuch co chwila i kopał mnie potwornie mocno. Wchodził mi na plecki i brzuszek zarówno w butach, jak i bez bucików. 

   Był on aktywny podczas interakcji dominacyjnej i nie milczał, nie przejawił milczącej postawy. Podczas poniżania mnie mówił, oznajmiał on, że jestem gównem, larwą, śmieciem, mumią i robakiem. Wyzywał mnie strasznie. Z kolei jego spocone, znoszone skarpetki, jego bardzo spocone stópki strasznie śmierdziały, brzydko pachniały.

   Oto w pewnym momencie zdjął swoje śmierdzące buty i podtykał mi je pod nos - niczym jakiemuś psu. Ja zaś lizałem jego brudne buty posłusznie, co było dla mnie ogromnie poniżające. 

   On podtykał, dawał mi do wielbienia również swoje spocone stopy, tak abym je wąchał, a także lizał, całował. W tym przypadku wielbienie oznaczało zarówno wąchanie, jak i lizanie oraz całowanie stópek.

   Bandzior atakował mnie cały czas gradem wyzwisk, obraźliwych językowych konstrukcji. On wyzywał mnie, kopał i opluwał. Wyraźnie się on nakręcał. Ekscytowało go poniżanie mnie, dominowanie nad delikatną ludzką istotą. Jak gdyby, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie, ogarniała go coraz większa wściekłość... Obawiałem się o swoje życie bezbrzeżnie. W każdej chwili mógł on wyciągnąć nóż i uśmiercić mnie - i nikt by tego nie zobaczył, nie dostrzegł na owej zacisznej, zapewniającej wielką dyskrecję polanie...  

   Po upływie około pięćdziesięciu albo sześćdziesięciu minut ten podły łotr zostawił mnie w spokoju i poszedł sobie - oczywiście nie wiedziałem gdzie, dokąd, bo nie podzielił się ze mną tą informacją. Odetchnąłem z ulgą... Oto bezpłatne, darmowe poniżanie dobiegło już końca. Nie dowiedziałem się, kim ta persona jest. Obym go nigdy więcej nie spotkał w mym życiu, na swojej drodze życiowej, obfitującej w ciernie!

   W końcu wróciłem pociągiem do mojej miejscowości zamieszkania - na wieś. Byłem bardzo roztrzęsiony.

   Postanowiłem opisać tego aroganckiego, bezczelnego, prostackiego, prymitywnego przestępcę, zdarzenia z nim związane, aby nigdy o tym nie zapomnieć, by nigdy nie uleciał mi ten łotr z pamięci... 

   Już jednak wybaczyłem owemu przedstawionemu, zademonstrowanemu, na stronach tego dziennika, młodemu bandycie jego zachowanie, jego postawę względem mnie.













11 października 2026 roku - Patryk Daniel Garkowski